Hej! Dawno mnie tu nie było. Wiem. Przepraszam - jakoś nie miałam wiele ochoty by pisać długie posty, i nie miałam wiele pomysłów na nie.
A to był naprawdę dziwny miesiąc - można powiedzieć ze dwa.
Przez ten czas zauważyłam jak bardzo jest ze mną źle pod względem samotności i tego, że nie mogę mieszkać sama - tak jakbym psychicznie nie była do tego zdolna. Wstyd mi bardzo, tak bardzo wstyd, mimo że czuję wolność w samodzielności... Że mogę robić to co ja chce i jak chcę - że wybieram ja co kupuje i czym się otaczam (np. to że zamieniam niemalże wszystkie plastikowe opakowania na szklane, przesypując jedzenie właśnie tam. Moja mama by powiedziała "a po co Ty to robisz? Eeee daj spokój, idź mi z tym")... Jeżeli nie kupię mleka i nie będę miała śniadania na jutro to będzie to moja wina i to tylko moja - i musze cokolwiek wymyśleć.
Ale z tym również ciągnie się to, że gdy jest mi źle, nie ma nikogo, by mnie "uratował". W tym momencie powiedzenie, że nikt mnie nie uratuje w życiu jest nie tylko prawdziwe w naszej mentalności ale i... Ogólnie. Nikt mnie nie uratuje gdy jestem sama. Wiele moich wieczorów spędziłam w siedzeniu w łóżku, tępo wpatrując się w filmiki na YouTube (ale nie oglądając ich), bojąc się o to, że mój mały ból w brzuchu, w klatce, gdziekolwiek zamieni się w coś z czego się nie podniosę, po prostu upadnę i nie wstanę, a nikt o tym się nie dowie, bo mieszkam sama. Nigdy w życiu nie miałam takich myśli, aniżeli teraz - jest to przerażające. Tak naprawdę mogę umrzeć w swoim pokoju i nikt nie będzie wiedział, dopóki ktoś nie zadzwoni do kogokolwiek by ten sprawdził co jest grane. Każda zła zmiana w moim fizycznym stanie prowadzi do tej gonitwy myśli, gdzie potrzebuję kontroli nad każdą sprawą, już opracowywując plan co zrobię, a czego lepiej nie robić. Boję się sytuacji, gdzie nie kontroluję bólu, swojego samopoczucia. Muszę kontrolować wszystko, by mnie nic nie zaskoczyło, coś co by wycisnęło ze mnie o trochę za wiele emocji.
Nie rysowałam, nie pisałam za wiele ostatnio - z wiadomych przyczyn. Trochę mnie to niepokoi - chciałam już dawno skończyć pliki z mojego uniwersum. Jestem przekonana, że już rok temu zaczęłam je spisywać.... A nie, jeszcze nie. Nie ważne. Ale te zdanie zostawię, bo nie chce mi się go kasować.
Tak, bardzo często boję się, że dorosłe życie odpędzi mi moje historie. Bo gdy wracam np. do domu, to nie rysuje, nie myślę o oc - tak jakby mój pokój już nie był miejscem, w którym to wszystko powstało, można powiedzieć, że to miejsce narodzin... Którego mój mózg już nie rejestruje. Teraz przestawiłam się na Łódź - nawet czytać, pisać itp. lepiej już mi się tam robi. Z jednej strony moje nawyki już się przestawiły, ale emocje jeszcze nie. I wciąż mi tak samotnie - czuję, że za bardzo chcę nie być samotna i wtedy jest mi jeszcze gorzej. Nawet Tindera zainstalowałam, ale zaczęłam coraz częściej przez niego widzieć pary chodzące wokół mnie, gdy sama siedzę w parku. Wydaje mi się jakby każdy teraz był w związku, tylko ja nie.
Od wczoraj biorę SSRI od psychiatry. Bardzo się bałam - a to taka ironia... Hah?! No nic, narazie jest dobrze, a boje się i tak, bo każdy tak antagonizuje antydepresanty, że aż człowiek nie chce się już leczyć. Przestańcie w końcu mówić prawdę, bo czasem jest ona słabym bełkotem.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz