16 sierpnia 2025

NEOCITIES.

 HEJ. wiem its been a while... :P

wiec szybko tylko napisze, ze zrobilam strone na neocities, glownie ma ona zastapic vinandler.blogspot.com a nie vinsrambling... ale na vinsrambling jeszcze nadejdzie czas - tak, w bliskiej przyszlosci przejde i z tym blogiem na neocities, ale najpierw ten blog.


a wiec to taka zapowiedz i zaproszenie na moja strone! Mozna wpisac sie na guestbook C:


https://vinandler.neocities.org/

7 maja 2025

3 tygodnie SSRI

    Jestem na prawie 3 tygodniu brania antydepresantów. Czuję się okej... Raczej nie miałam wielu problemów jeżeli chodzi o samopoczucie - o dziwo moje skutki uboczne były znikome. Czasem mnie głowa pobolała i w sumie w większości to tyle. Zobaczymy jak będzie dalej. W drugim tygodniu miałam czuć się trochę rozdrażniona, co nie nastąpiło... I nie jestem jakaś zdenerwowana. Zobaczymy co dalej.

    Zmieniłam wygląd bloga. Teraz jest idealny! Normalnie jak z czasów szczytu blogów.  Musiałam trochę popieprzyć z CSS, żeby ustanowić taki wygląd, ale jestem zadowolona. Muszę trochę częściej tu pisać, ale nie zawsze jest co, albo nie zawsze jestem gadatliwa.

    W sumie nie wiem czemu to wszystko piszę. Nie wiem zbyt co robić, a nie mam ochoty czytać książki. Siedzę na kanapie w części wspólnej w akademiku... Wcześniej pisałam pliki oc, bo dawno nie pisałam. Idę z tym do przodu!

    Eh, chyba jednak pójdę czytać.

4 maja 2025

Radio

     Lubię audycje.

    Jestem uzależniona od YouTube, a dobrym zwalczaczem mojego problemu można by powiedzieć jest moja wieża, z której zawsze korzystałam gdy puszczałam płyty, czy muzykę z USB.... Radia jakoś nie używałam, do teraz.

    Jakoś ostatnio uznałam, że wypróbuje znaleźć jakąś normalną stację i znalazłam chyba Trójkę/Jedynkę? Nie pamiętam, ale jedne z tych właśnie polskich stacji zawsze słucham w domu - mój dom i radio są nieodłączalną częścią, tzn. Od kiedy byłam mała, moja miłość do muzyki brała się stąd, że w domu radio zawsze wybrzmiewało - to była taka srebrna stara wierza, która miała zielony ekranik taki (teraz raczej są czarne). Moje pierwsze ulubione piosenki rozbrzmiewały właśnie w radiu, a później by je na nowo usłyszeć, musiałam poczekać z nadzieją, że ją puszczą. Było to nostalgiczne.

    Dopiero w jakimś 2012/2013 zdołałam bez znajomości angielskiego znaleźć moją jedną z ulubionych piosenek - Drive by zespołu Train. Nie mam pojęcia jak to zrobiłam....

    Do teraz radio jest w kuchni i nie ma momentu gdy jest wyłączone... Jeżeli moi rodzice są w pobliżu. Mi zaczął przeszkadzać ten ciągły gwar, często gdy pierwsza zeszłam do kuchni to nie włączałam radia. Moja mama jednak zawsze musi coś mieć w tle.

    Jednak przestaliśmy słuchać radia - co nie? Każdy woli sam sobie wybrać piosenkę, której będzie słuchać, albo podcastu.... A i tak kończymy przewijając przez stronę główną danej strony internetowej, w poszukiwaniu czegokolwiek, bo nic nas nie obchodzi. Wybór jest super - w końcu mamy wolność. Ale zbyt duża wolność nas również rozleniwia.

    Fajne jest włączenie radia o 21:00, gdy nie chcę patrzeć już w ekran, a mam ochotę czegoś posłuchać. Nie zawsze w Trójce/Jedynce są audycje, ale zazwyczaj jednak są - nawet jak niby nie są to tematy, które mnie interesują, w którymś momencie zawsze zauważam, że zaczynam słuchać. Może i nigdy bym nie wybrała podcastu na taki temat, ale zwykła audycja, która zaraz się skończy prędzej mnie zainteresuje - ze względu na ich zwięzłość. Może nawet nie byłam w stanie sobie pomyśleć, że akurat ten temat mnie zainteresuje! A to przez to, że wybór utrzymuje nas w naszej małej bańce.

    Trójkę/Jedynkę lubię, bo często puszczają piosenki, które później szukam na Shazamie. Naprawdę - duża ilość muzyki, którą sobie zapisuje pochodzi z radia, ale nie z takiego typowego, a... Bardziej indie? Naprawdę podobają mi się piosenki które puszczają, są o wiele mniej znane i mają swój klimat.

    

    A więc czasem polecam włączyć sobie radio i po prostu poczuć się jak w czasach, gdy  można było popatrzeć przez okno i nie martwić się o wiele spraw

20 kwietnia 2025

Nikt mnie w życiu nie uratuje

     Hej! Dawno mnie tu nie było. Wiem. Przepraszam - jakoś nie miałam wiele ochoty by pisać długie posty, i nie miałam wiele pomysłów na nie.

    A to był naprawdę dziwny miesiąc - można powiedzieć ze dwa.  

    Przez ten czas zauważyłam jak bardzo jest ze mną źle pod względem samotności i tego, że nie mogę mieszkać sama - tak jakbym psychicznie nie była do tego zdolna. Wstyd mi bardzo, tak bardzo wstyd, mimo że czuję wolność w samodzielności... Że mogę robić to co ja chce i jak chcę - że wybieram ja co kupuje i czym się otaczam (np. to że zamieniam niemalże wszystkie plastikowe opakowania na szklane, przesypując jedzenie właśnie tam. Moja mama by powiedziała "a po co Ty to robisz? Eeee daj spokój, idź mi z tym")... Jeżeli nie kupię mleka i nie będę miała śniadania na jutro to będzie to moja wina i to tylko moja - i musze cokolwiek wymyśleć. 

    Ale z tym również ciągnie się to, że gdy jest mi źle, nie ma nikogo, by mnie "uratował". W tym momencie powiedzenie, że nikt mnie nie uratuje w życiu jest nie tylko prawdziwe w naszej mentalności ale i... Ogólnie. Nikt mnie nie uratuje gdy jestem sama. Wiele moich wieczorów spędziłam w siedzeniu w łóżku, tępo wpatrując się w filmiki na YouTube (ale nie oglądając ich), bojąc się o to, że mój mały ból w brzuchu, w klatce, gdziekolwiek zamieni się w coś z czego się nie podniosę, po prostu upadnę i nie wstanę, a nikt o tym się nie dowie, bo mieszkam sama. Nigdy w życiu nie miałam takich myśli, aniżeli teraz - jest to przerażające. Tak naprawdę mogę umrzeć w swoim pokoju i nikt nie będzie wiedział, dopóki ktoś nie zadzwoni do kogokolwiek by ten sprawdził co jest grane. Każda zła zmiana w moim fizycznym stanie prowadzi do tej gonitwy myśli, gdzie potrzebuję kontroli nad każdą sprawą, już opracowywując plan co zrobię, a czego lepiej nie robić. Boję się sytuacji, gdzie nie kontroluję bólu, swojego samopoczucia. Muszę kontrolować wszystko, by mnie nic nie zaskoczyło, coś co by wycisnęło ze mnie o trochę za wiele emocji.

    Nie rysowałam, nie pisałam za wiele ostatnio - z wiadomych przyczyn. Trochę mnie to niepokoi - chciałam już dawno skończyć pliki z mojego uniwersum. Jestem przekonana, że już rok temu zaczęłam je spisywać.... A nie, jeszcze nie. Nie ważne. Ale te zdanie zostawię, bo nie chce mi się go kasować.

    Tak, bardzo często boję się, że dorosłe życie odpędzi mi moje historie. Bo gdy wracam np. do domu, to nie rysuje, nie myślę o oc - tak jakby mój pokój już nie był miejscem, w którym to wszystko powstało, można powiedzieć, że to miejsce narodzin... Którego mój mózg już nie rejestruje. Teraz przestawiłam się na Łódź - nawet czytać, pisać itp. lepiej już mi się tam robi. Z jednej strony moje nawyki już się przestawiły, ale emocje jeszcze nie. I wciąż mi tak samotnie - czuję, że za bardzo chcę nie być samotna i wtedy jest mi jeszcze gorzej. Nawet Tindera zainstalowałam, ale zaczęłam coraz częściej przez niego widzieć pary chodzące wokół mnie, gdy sama siedzę w parku. Wydaje mi się jakby każdy teraz był w związku, tylko ja nie.

    Od wczoraj biorę SSRI od psychiatry. Bardzo się bałam - a to taka ironia... Hah?! No nic, narazie jest dobrze, a boje się i tak, bo każdy tak antagonizuje antydepresanty, że aż człowiek nie chce się już leczyć. Przestańcie w końcu mówić prawdę, bo czasem jest ona słabym bełkotem.

Farawell!
XOXO,

Vin

7 kwietnia 2025

Wygodna nagość

    Delikatne, ciepłe światło dobiegające z płomieni kominka rzucało swoje światło na niemalże każdy zakątek pokoju, niemniej jednak, najjaśniejszym punktem w tym momencie dla Parisa był Irmes. Gdyby tylko bożek nie miałby na sobie welonu, demon mógłby oglądać niewyraźne rysy na twarzy bożka, przyciemnione i rozjaśnione w idealnych momentach, jakby został on stworzony w całości na bazie złotej proporcji, w co Paris zagorzale wierzył. Niestety, nie mógł widzieć twarzy Irmesa. To też było w porządku - sama prezencja kogoś takiego jak on, była wystarczająca.

    Mężczyzna obserwował ukradkiem jak płomienie odbijają się na nagim ciele, ułożonym przed nim wygodnie na oliwkowym szezlongu. Większość ciała Irmesa znajdowała się w cieniu, albowiem bożek ułożony był plecami do kominka. Nie przeszkadzało to demonowi by dostrzec całą nagość jego obojczyków, klatki piersiowej, brzucha, nóg i stóp. Jedynymi zasłoniętymi miejscami na ciele Irmesa była jego twarzy, kilka miejsc na których znajdowały się złote biżuterie i jedne ramię - zakryte ciemnym futrem… Należącym do wiernego obserwatora.

    Przyzwyczajony do tego Paris, nigdy nie wiedział gdzie sięgał wzrok przyjaciela - i ten moment się tym nie różnił. Nie wiedział nawet, czy Irmes był w ogóle przytomny - mógł w rzeczywistości spać, co było naprawdę możliwe, albowiem nie raz Paris był świadkiem sytuacji, gdzie po ich zbliżeniu, ruchy bożka były widocznie wolniejsze, a sam Irmes jeszcze cichszy. Często zostawał w łóżku na kilka minut, nawet kilkadziesiąt, rzucając pretekst, że po ich seksie woli wychodzić jako ostatni z pokoju (nigdy nie udawali się ani nie opuszczali jakichkolwiek miejsc razem - było to oczywiste). Z natury demony mogą być dość głupie - jednak Paris łatwo doszedł do wniosku, że jego kochanek jest po prostu… Dość słaby i delikatny, a dodatkowo szybko dało się go zmęczyć, nawet gdy mężczyzna starał się być podczas stosunku nader wyjątkowo łagodny.

    Tym razem ani Paris ani Irmes nie wychodzili z pokoju po zbliżeniu - zapewne przez to, że specjalnie pofatygowali się by dojść do kwater zamkowych, a więc wyglądało na to, że lenistwo  i ciepło, do którego tak lgnął Irmes kazało im zostać tu na dłuższą chwilę… By popatrzeć na siebie, przypomnieć swoje grzechy i to, kogo ranią przez swoje chore pożądanie. Niemalże tak, jakby na sam widok drugiej osoby, czuli się jak w spowiedzi przed samymi sobą. Różnicą było jedynie to, że podczas gdy Irmes patrząc na Parisa widział swój żal i winę, to Paris patrząc na bożka nie widział swojej zdrady czy tej, którą zdradza, a odwrotnie - obraz obsesji i radości gościł w jego głowie. Obraz radości z cudzołóstwa.

    Demon patrzył na swój mały, ale śliczny grzech rozciągnięty na szezlongu w niemalże wulgarnej, lecz wygodnej nagości - to nie tak, że nie był przyzwyczajony do niej, jednak było coś innego w negliżu podczas stosunku, a po. Nagość Irmesa w tym momencie nie była niczym seksualnym, a w prost odwrotnie - jego obnażone ciało i to, z jaką wygodą był on obnażony było po prostu… Śliczne. Niemalże pełne przeszywającej, przypadkowej gracji. Gracji, która peszyła tego, kto tylko ją odkrył - Parisa. To tak jakby sam bożek nie był świadom swojej ładnej prezencji i tego, że nawet jak się nie stara to każdy detal tego jak układa się jego ciało było anielskim obrazem wdzięku.

    Paris nie wiedział co to znaczy „wygodna” nagość - nigdy nie spotkał się z sytuacją, gdzie po seksie siedział z kobietą tak po prostu nago - dla wygody, czy bez konkretnego powodu. Tak naprawdę demon nigdy nie spędzał czasu z kimkolwiek z kim dzielił kiedyś łóżko, natomiast od razu zasypiał by zawitać nowy dzień samotnie, ale z myślą, że nie zasnął sam. Nie chciał marnować czasu tych dziewcząt, a gdy szedł spać jak najszybciej szanse na to, że wyjdą gdy on będzie tego świadom były niskie.

    A teraz… Oglądał nagość po której odbijało się światło z kominka. Oglądał ją bez powodu, pierwszy raz w życiu, dlatego też on sam nie był rozebrany - czułby wstyd, krytyczne oko tego, który widział tyle nagich sylwetek w swoim życiu co on wypił kieliszków whisky.

    Futro, w które wtulona była ta boska wdzięczność z pewnością będzie teraz jego ulubionym - a jednak Paris wiedział, że będzie się bał uczucia tego akcesorium na sobie i wpadnięcia w jeszcze większą obsesję - towarzystwo Irmesa w każdym momencie jego dnia mogło mieć zabójcze skutki. Paris chciał się po prostu uchronić przed mgłą w mózgu, spowodowaną przez zapach peonii, który by mu nierozłącznie towarzyszył… A w domu, w swoim zaciszu będzie mógł spokojnie nosić to futro. Może nawet i z nim spać. Ale tak by nikt nie zobaczył. A zwłaszcza Celin.

    Już nie mógł się doczekać, gdy tylko wtuli się tą puszystość, w której Irmes zostawił swój zapach, wspomnienia… Siebie.

    Paris już nigdy nie będzie miał problemów ze snem.


⋅•⋅⊰∙∘☽༓☾∘∙⊱⋅•⋅


Dawno mnie nie było, wiem - proszę mi wybaczyć! Miałam problemy ze zdrowiem przez miesiąc, ale powoli wracam do siebie. Jakoś.

A więc wstawiam tutaj mały fragment tego co napisałam jakiś czas temu i o tym zapomniałam.

6 marca 2025

Info o postach o OC

     Piszę to takie jako małe... BTW.

    Kiedyś pisałam wpisy na temat oc. Takie krótkie.. Narazie miałam 3 posty z 6 - cały Itimenos został zapisany. Został mi Irmes i Paris

    Profil Irmesa jest dosłownie skończony, mała sekcja mi została i to od dawna

    Ale właśnie problem w tym, ze robie te gigantyczne archiwum uniwersum od kilku miesięcy, i od tamtej pory zapisałam 5 razy więcej info o Itimeirze i Irmesie :/

    Aktualnie pliki wyglądają tak:

  • ITIMEIR: 52 strony a4, 22 580 słów
  • IRMES: 52 strony a4, 24 102 słów
Oba ich pliki nie są skończone. Bliżej do ukończenia jest Irmes, ale musze przepisać od nowa jego relacje i historie... Itimeir potrzebuje więcej pracy.



I ja po prostu nie wiem... czy jest warto dodawać dalej te wpisy.
Jest mi bardzo szkoda, ale jakoś tak dużo info dodałam ze nw czy ktokolwiek by przeczytał, jakby wpis miał o wiele więcej info :< a w ogóle tamte trochę są juz wybrakowane opisy. Jestem strasznie detaliczna w tych oc (szczególnie Itimeir i Irmes), bo dla mnie bardzo dużo znaczy ich sens.

Ah zmęczona jestem pierdole to

21 lutego 2025

Czuję, że zamykam swój entuzjazm na ludzi

     Czuję, że zamykam swój entuzjazm na ludzi, bo zawsze tak bardzo kochałam dzielić się tym co rysuję, a teraz zmuszam siebie, by tego nie robić. Wiem, że to wszystko jest w dobrej sprawie, ale czasami czuję się jak takie typowe dziecko, które uśmiecha się, bo nie może się doczekać gdy tylko podzieli się tym fajnym rysunkiem, który zaraz skończy z innymi... Ale niestety te dziecko zostaje uciszone, pozbawione swojego entuzjazmu przez hardego, bezuczuciowego dorosłego, który nie wie co to kompromis. Bo sama sobie to zrobiłam, wiedząc, że podziękuję za to za jakiś czas. Za jakiś.

    Jestem za minimalizmem cyfrowym, nie chce mieć social mediów i będę wierna sobie... Nawet mówiłam o tym wszystkim mojej psychoterapeutce, to pod koniec sesji powiedziała, że dzisiaj bardziej to ona czuła się jak pacjent... Bardzo lubię z nią rozmawiać, sądzi że jestem naprawdę fascynującą osobą, a usłyszenie czegoś takiego od psychologa równa się tym, że myślisz, że jesteś pierdolniętym przypadkiem w historii psychologii. No ale wracając - jestem sobie wierna, tak, ale to też nie jest dla mnie łatwe. W moich wpisach na temat mojej podróży z minimalizmem cyfrowym staram się ukazać też te... Ciemne strony, ale prawdziwe. Nie tylko to co każdy mówi, że przestał mieć Instagram'a i się oduzależnił od internetu po 7 dniach, już zdążył poznać 20 nowych osób a w tym księdza z Twojej parafii, a teraz jest milionerem z 5 milionowym zyskiem miesięcznym... Bo przestał mieć social media. Nie. Moja podróż jest wyboista i sama siebie często zawiodłam. Bardzo często.

    Mimo mojego gadania i wyglądania na najbardziej zdyscyplinowaną osobę, nie jestem nią. Ciągle naginam swoje zasady, ciągle mam poczucie, że nie obchodzi mnie nic... By tylko sięgnąć po rozrywkę. NIe jestem idealna, ale mnie to trochę wewnętrznie boli. Boli to tego mojego dorosłego kata, który pokazuje mi jaka jest naprawdę rzeczywistość, gdy tylko zdejmę moje różowe okulary, z którymi się urodziłam. To proces, a mój trwa już prawie 3 lata. Tak naprawdę, to ja dopiero zaczynam. Tak, po 3 latach.

    Ale też znów wracając, czasami mam poczucie, że sama robię sobie źle, że sama się katuję i jestem na siebie zła... Ale są to momenty słabości, które głównie objawiają się absencją... Po prostu zabijam swój entuzjazm społeczny. Bo i tak nie mam z kim się podzielić tym, co kocham.

    O wiele łatwiej mi idzie z moją drogą, by rysować dla siebie - i tak, pokonałam ją w dobrych 70-80% i teraz cieszę się z procesu i znalazłam to co naprawdę w rysowaniu mnie uszczęśliwia - nie myśle teraz zawsze o ludziach gdy myśle co narysować - czy ta poza będzie dziwna dla innych? Czy ktoś odbierze ten rysunek inaczej, niż powinien? Itp. Itp. Nigdy nie wiedziałam, że miałam wewnętrzne myśli tego typu (czy ten rysunek będzie społecznie akceptowalny?), dopóty dopóki nie przestałam rysować dla social mediów. Jednak nie zrozumcie mnie źle - można się nauczyć takiego myślenia, ale wciąż czuć entuzjazm i chęć dzielenia się tym co kochamy! Jesteśmy tylko istotami ludzkimi, tym bardziej jeżeli naturalnie mam w sobie sporo ekscytacji i ... braków w czułości, czy aprobacie. To normalne, że mimo że rysuję dla siebie i tylko siebie, to wciąż mogę być dumna z czegoś i będę chciała swoje ogromne szczęście ukazać... Ale nie mam gdzie to zrobić. Nie mam gdzie pokazywać swoje szczęście, z wiedzą, że na prawdę je komuś pokażę. Nie lubię pokazywać rzeczy do ściany.

    Z tych wszystkich powodów stwierdziłam, że w końcu moim miejscem powinien być mój drugi blog - bo taką miał mieć funkcję, czyż nie?

    No tak, ale z nim problem był taki, że gdy go zrobiłam, to wyglądał... Pusto. Miało to być moje zwykłe portfolio na białym tle i tyle. Takie... Profesjonalne. Jednak ten profesjonalizm zabił mnie i moją osobowość, bo wyzbyłam się siebie, pokazując swoje prace. To tak, jakbym wystawiała bez kontekstu ani niczego swoje rysunki w jakimś pustym muzeum sztuki nowoczesnej (w pięknej warszawskiej, obleśnej bryle), kryjąc się za płótnami. Po prostu wstawiałam obrazki i tyle. Nic wielkiego i nic specjalnego.

    I po dłuższym rozmyślaniu zdecydowałam się zmienić tę stronę... Teraz ma ona swój własny motyw, niemalże odwrotny do tego co jest tutaj (tak strasznie podoba mi się baner tej strony z Irmesem w tle) To dlatego, że chciałam pobawić się innym stylem, który przez chwile chciałam mieć na tym właśnie blogu. Muszę powiedzieć, że równie teraz podoba mi się wygląd tego blogu jak i tamtego, więc dla mnie to już połowa sukcesu. Drugą stroną tego wszystkiego jest to, że będę dopisywać teraz jakieś tło na temat rysunków, które wstawiam - wiem, że już dodałam wszystkie rysunki mojego autorstwa od 2021 roku... Dlatego będę musiała to nadrobić... Ah... :<

    Na moim odnowionym blogu, https://vinandler.blogspot.com/ będę teraz pisać więcej o moich rysunkach, o historiach za nimi... Po prostu stricte o  mojej twórczości i OC. Tak - to będzie MÓJ i wyłącznie mój Instagram, stworzony po mojemu... Bo tak bardzo tęsknię za starym Instagramem, nie?

Farawell!
XOXO,

Vin

8 lutego 2025

Gdy twórca płacze nad twórczością

     Miło jest widzieć łzy i emocje tych, którzy oglądają Twoją twórczość, ale nic tak nie doprowadza do rozterki jak łzy nad tym co się stworzyło. To takie jedne momenty, w którym nagle przypominam sobie, że mam uczucia i czuję coś oprócz irytacji i rozbawienia w życiu. Tak jakby dopiero w takim momencie dochodziło się do refleksji, że "to co tworzę może w kimś wzbudzić emocje"... Jeżeli wzbudziło je aż we mnie.

    Dwa razy w życiu tylko płakałam nad swoimi oc. Nawet nie można nazwać tego jako płakanie, bardziej po prostu rozczulenie się, ze łzami lecącymi gdy Ty uśmiechasz się i zastanawiasz "oj, Ty głupiutka....Co tym razem?". Pierwszy raz miałam coś takiego nawet nie aż tak dawno. Z rok? Półtora roku temu? Chyba był wieczór i rysowałam Itimeira i Katamenosa... Czy... Czytałam coś z nimi. Pamiętam tylko obraz tej sceny, a nie co to było dokładnie. I nagle po prostu rozczuliłam się, bo tak ich kocham i są dla mnie tacy specjalni... Tak po prostu.

    Ostatnio (no dobrze, dziś) drugi raz się coś takiego zdarzyło... Pisałam fragment opisu postaci Itimeira (21 000 słów, going strong) i doszłam do momentu przepisywania od nowa jego osobowości przed śmiercią... I... Po prostu poczułam, że mam łzy w oczach. Dodatkowo miałam "My Love" polnalyubvi w tle - piosenkę tak pasującą do tego wszystkiego.

    Ten fragment nawet nie był aż tak wzruszający... Tak, jest smutny, ale mam tyle innych emocjonalnych rzeczy.. A mój mózg po prostu uznał, że no dobrze Vin, zobacz co Ty tworzysz.

"During Black era (near Itimeir’s death, after he had cut his hair) Itimeir’s pretty reserved and dissociated from his emotions, getting used to them just almost not existing in him in reality. He had experienced derealisation, making him seemingly accept his death after a time of being emotional about it. The god didn’t want to die in a bitter way - he wished to present himself as quiet, calm and gentle. Itimeir wanted others - in this situation Katamenos and Irmes - to take the joy that he had already lost, he didn’t want them to carry the burden of his own life anymore. Even if Itimeir knew he’s going to break the hearts of the two most important creatures in his life, he knew he that they will suffer more than he ever will in his afterlife (despite his supposed punishment being like 10 times worse in fact), therefore he wished to leave the last images of him as a gentle Itimeir, soothing their grief with his acceptance. While Katamenos was panicking and being anxious about loosing the god till the eternity, being left by the only creature that had ever given him safety and care, Itimeir just held him in silence, with a smile that tried to tell the human that „I will be there somewhere, still”. 

It was true that Itimeir never cried close before his death. It seems like he reserved all the crying for both his best friend and the lover, wanted to please and soothe them as much as he could before completely vanishing even spiritually. Itimeir knew that by being his best, genuine self he could give himself one last shine before eventually committing suicide."


Farawell!
XOXO,

Vin

26 stycznia 2025

SESJA DUPE KOPIE!!!!!

    Wow, czuję się taka dorosła, gdy w końcu to ja jestem tą osobą, która może nadać taki oto tytuł temu wpisowi... Tak jakbym serio była dorosła :]]]

     Ale błagam, nawet się zaliczenia nie zaczęły a ja już chyba umieram..........

    Chociaż, jak zaliczę kompozycję to w mojej głowie będę już na półmetku. Ale gdy tylko o tym myśle... Ah.... Nienawidzę tego, że nie zawsze będzie łatwo - tzn. mentalnie jeszcze umiałabym to przeżyć, ale nie umiem przeżyć robienia rzeczy, które myśle, że o wiele lepiej mi wychodzą... A.... Nie wychodzą. Czy to moje ego? Nie wiem. Chciałabym z kimś porozmawiać.

    Nie mam czasu pisać narazie na blogu - ale pierwszy raz wyznaczyłam sobie nagrodę - gdy zaliczę to co mam zaliczyć, to kupię sobie z 3-4 copic'i sketche! Tęsknię za moimi pisajkami, trochę czuję, że dawno nie myślałam o moich oc, a minęły może z 2 dni? Ah, błagam.

    Jestem opętana. Psychicznie pojebana - ba!

    Czasami się zastanawiam - kto czyta mojego bloga w celu stalking'u? :P

22 stycznia 2025

Dlaczego ludzie przestali rysować tradycyjnie?

     To jest w sumie trochę taka kontynuacja/dygresja mojego posta z wakacji "Are You really drawing for the sake of it, or just to show it to other people?", gdzie mówiłam o ważnym dla mnie temacie i napewno ważnym dla kogokolwiek, kto tu jest - rysowaniu i czym ono się stało w latach 20. XXI wieku, a wzrastało powoli, gdy nikt nie patrzył.

    Może ja byłam jedną taką osobą, co tak miała, ale ja zawsze, mimo że miałam tablet graficzny i rysowałam na nim, to rysowanie dla kartce było dla mnie czymś, do czego zawsze wracałam - był to dla mnie taki idealny zamiennik, który tak naprawdę niczym się nie różnił na dłuższą metę w rysowaniu (w moim doświadczeniu z dzieciństwa)! O wiele więcej w swoim życiu rysowałam tradycyjnie, niż w digital o dziwo - nawet gdy markery miałam odstawione do piwnicy, to codziennie gryzmoliłam po kilka rysunków w szkicowniku podczas pandemii... Rysunek tradycyjny był dla mnie jak szybki wylew pomysłów, ujęcie czegoś ku idei, a nie ku estetyki o dziwo. Traditional taki był - istniał po to, by po prostu rysować. O dziwo, gdy analizowałam swoją działalność twórczą w latach 2015-2017, bardzo mało rysunków było przeze mnie publikowane. Te kartki miały bardziej wymiar personalny, nie były to rysunki, które dodałoby się kiedyś na DeviantArta - wierzcie mi, wtedy nikt nie dodawał tam  rysunków z kartki (w moich kręgach)! Nie patrzyłam na to, czy coś skończę czy nie... Same linearty z zostawionym widocznym szkicem walały się po teczkach i biurkach w moim pokoju.... Wtedy, zamiast szkicownika miałam teczkę ze zdjęciem delfina z Lidla.

    W 2016-2018 był wielki rzut na markery alkoholowe. Wiecie... Copic'i, Promarkery itp. Pamiętam, że miałam jeszcze 2 ostatki kolorów, które mi wysłano, gdy to Letraset wciąż zajmował się promarkerami (kobaltowy i rudy). W sumie szkoda - mieli najładniejsze opakowania. Nie wiele się wtedy zmieniło, tylko z tym, że wtedy niemalże wszystkie rysunki kończyłam. Rysowałam może mniej, ale wciąż rysowałam. Digital wszedł w większą moc, ale wiem, że to tradycyjnie miałam większą frajdę z rysowania. Wtedy już wstawiałam te rysunki.

    2019 był prawdopodobnie rokiem, w którym przestałam rysować w traditionalu. Nie na zawsze - ale przestał mi sprawiać radość. Wszystko wydawało się za trudne, za żmudne, za długie... Szczerze powiedziawszy, bardzo mało pamiętam, jedynie kilka rysunków (może 2), które naprawdę pokolorowałam i skończyłam wtedy. Większość się zaczęło jak i skończyło w 2020.

    W 2020 roku wróciłam do markerów na jakieś pół roku - pandemia. Pamiętam te rysunki i pamiętam konkretne markery itp... Lubiłam to robić, ale wiem, że szybko to wszystko minęło, bo gdy zaczął się nowy rok szkolny (lub miesiąc przed), odcięłam się od tego medium. Pamiętam konkretny rysunek Technoblade, który rysowałam tak długo po tym jak nie dotknęłam ołówka tak długo.... A to przez to, że każdy rysował przez pandemię i lekcje online w digitalu. Każdy ten piękny rysunek z fandomów itp. był tworem komputerowym, więc po co rysować w traditionalu? Nigdy nie dostane takiego efektu na kartce jak w programie, a każda praca musi być najlepsza, więc po co traditional?

    Co mnie uratowało od tego, było utworzenie mojego uniwersum. To wtedy zaczęłam regularnie rysować tradycyjnie, aż do teraz, gdy dochodzę do wniosku, że rysunek tradycyjny jest dla mnie lepszy, niż komputerowy. Jest to o wiele lepsze medium od pikseli na ekranie, które są trwałą rzeczą materialną i trwałym dowodem twórczości, jeżeli wydrukujesz każdy swój rysunek.

    Tak w sumie jak teraz myślę... Trochę błędem jest uznać, że od kiedy stworzyłam swoje uniwersum (koniec 2020 roku), to od razu zaczęłam rysować 80% swoich prac w traditionalu - nie, tak nie było. W prawdzie rzeczy, dopiero zaczęłam zyskiwać największy owoc satysfakcji tego medium w 2021 czy 2022 roku. Od 2021 prowadzę "scrapbooking'owe" szkicowniki, które mnie uspokajają i są dla mnie czystą terapią dla siebie samej, jednak to od 2022 roku zaczęłam dokańczać swoje rysunki i próbować robić coś więcej niż szkic jakimś długopisem a obok dodawać washi-tape. 2021 rok był rokiem wstępu, a oficjalnie w 2022 roku wróciłam do jakieś wyższej formy rysunków tradycyjnych - tzn. takich, które może i miały kolor, jakieś cieniowanie, były dopracowane i dawały mi satysfakcje z racji procesu!

    Ważne też jest zastawienie rysunków tradycyjnych i cyfrowych... W 2021 roku miałam tuzin (naprawdę MASĘ) rysunków cyfrowych, które pojawiały się po nawet 2 dniach pracy... To był czas, gdy naprawdę prowadziłam Instagram pełną parą, a co 4 dni wstawiałam idealnie post... Tylko z rysunku cyfrowego. I to nie szkicu! Nie wiem jak było to możliwe, ale byłam w stanie co 4 dni wstawić gotowy, pomalowany i renderowany post, nawet z tłem. I to nie był czas, gdy dużo rysowałam tradycyjnie.... Albowiem w tle miałam również challenge "Draw All Year". Dla ciekawych - prawie skończyłam ten challange, jeżeli się nie mylę, miałam do pokonania jeszcze 2 miesiące czy 3 przed końcem ale z jakiegoś powodu zrezygnowałam z tego wyzwania (chyba po uznaniu, że było to bez sensu widząc jak nie mam czasu na większe rysunki niż jakieś kilka kresek byleby uznano to za dzień w challenge). A więc w 2021 roku żyłam digitalem i żyłam Instagramem, a więc - rysowanie znaczyło dla mnie tylko dodawanie postów, a w tym profit społeczny. Teraz NIGDY nie posunęłabym się do tego, by dla jakieś głupiej aplikacji (i do tego niewdzięcznej!) katować się przed komputerem w wakacje, mimo że lubiłam malować cyfrowo. Nigdy w życiu. 

    Moją masowość cyfrowych rysunków zakończył commission, który po 3 miesiącach pracy zwalił mnie z nóg i sprawił, że przestałam rysować na komputerze przez 6 miesięcy. Zajęłam się traditionalem - koniec 2021 roku, początek 2022. Traditional stał się moim domem na nowo.

    Od 2022 i 2023 roku prowadziłam jedne z lepszych szkicowników, którym poświęcałam coraz więcej uwagi... I coraz więcej wieczorów siedziałam w ciszy swojego pokoju, szkicując i ozdabiając strony mojego szkicownika. Do dziś mam najpiękniejsze i najbardziej kreatywne strony właśnie tam! Miałam kilka prób rysunków markerami po tylu latach, ale nie było to jakoś medium do którego się mogłam na nowo aż tak przekonać.

    W 2024 roku coraz mniej spędzałam czasu na komputerze stacjonarnym - a w tym rysując digitalowo. Mimo, że miałam iPada, to nie jest on najwygodniejszy dla mnie. A więc - kartka to był znów mój przyjaciel... Dodatkowo w 2024 roku zrozumiałam wszystko tego letniego wieczoru, gdy przeglądałam przez 3 godziny swoje wszystkie, stare prace z dzieciństwa. Moje myśli spisałam w "Are You really drawing for the sake of it, or just to show it to other people?". I to wtedy jeszcze raz chwyciłam wszystkie moje markery z piwnicy a dodatkowo kupiłam sobie podkładkę z klipsem na kartki. Chciałam wrócić do dzieciństwa... Chyba dlatego, że wiedziałam że lada chwila mój dom rodzinny będzie tylko... Domem rodzinnym. Nie domem. Rozpaczałam, próbując wrócić do swoich dziecięcych tęsknot rysując na zwykłych kartkach ksero i markerach, nawet zakładając segregator na te rysunki. 

    To nie tak, że wtedy nie rysowałam już w traditionalu... Nie! Ja rysowałam! I to o wiele bardziej niż kiedykolwiek... Ja po prostu dopiero wtedy zrozumiałam wszystko i dlaczego ja w ogóle to robie. Dlaczego my to wszyscy robimy? I co tak naprawdę sprawiło, że zapomnieliśmy jak to jest zapełnić 3 zwykłe kartki głupimi rysunkami w jeden wieczór, bo miało się ochotę rysować. Przypomniało mi się, że my wszyscy kiedyś zaczęliśmy rysować w traditionalu, bo lubiliśmy to robić - teraz najbardziej akceptowalnym formatem przekazu jest digital - idealny do publikowania w Internecie.

    Od 2024 roku nie rysuję za dużo w digital'u z wymienionych już powodów... A dodatkowo, czuję że cyfrowy rysunek tylko mnie zniechęca. Mimo tego, że umiem robić naprawdę imponujące prace, które później stają się moimi faworytami, które mogę wszędzie dawać na tło itp. To te same prace były powodem mojej 2 miesięcznej presji.

    Z jakiegoś powodu o wiele łatwiej mi otrzymać ładny i zadowalający efekt w tradycyjnym rysunku - bo to tylko traditional! Nie jest on jakiś wybitny, nie można wiele w nim zrobić na mój poziom i to co mam... Gdy biorę ołówek do ręki, czuję że jestem tylko człowiekiem, a nie komputerem, którym rysuje owe rysunki.

Małe, szczęśliwe wypadki
    Może tylko ja tak myślę, ale z moim poziomem, w digitalu czuję presję by wszystko szło do przodu, by wszystko było idealne na mój poziom - by brakło tym rysunkom czynnika ludzkiego. I ja rozumiem czemu - tracimy czucie, że to co naprawdę robimy to tylko nasza mała praca rękoma.

    Na kartce jestem w stanie wybaczyć sobie nieudany rysunek, złe pociągnięcie kreski, przypadkowe nałożenie koloru - jakoś to będzie. W digital'u wszystko musi być idealne - dostaliśmy dar niekończących się poprawek i dowolności błędów - a jednak właśnie to dało nam presję siebie samych.

    Nie wiem czy to ja tak uważam, ale jest tyle niesamowitych artystów w Internecie, którzy rysują w digitalu. Ba! Trudno znaleźć kogoś "lepszego", kto nie rysuje w digital'u... Więc czasami czuję, że ten cyfrowy czynnik tylko nadaje mi mnie samej od razu bojowego nastawienia i wymagań. Tak jakby digital kojarzył mi się od razu z automatyczną publikacją rysunków, faktem, że zobaczy je ze 100 osób.... Tak jakby digital był wycelowany tylko na posty.... I tak - to prawda. Moja głowa już tak się przestawiła, bo jak przypominam sobie - kiedykolwiek, gdy miałam super pomysł na rysunek i zabierałam się za tradycyjny rysunek, myślałam sobie "hmmm.. Ale pomyśl jak dobrze mógłby on wyglądać w digital'u, ta postać dostałaby w końcu SOLIDNY rysunek!". To wszystko to pokazówka.

Małe, szczęśliwe wypadki 2
    Nie mówię, że digital jest zły - sama wciąż kocham renderować, mogę spędzić 2 godziny dziubdziając moje kochane portrety i uśmiechać się malując twarze w rysunkach w Clip Paint Studio czy robiąc tło w Blenderze... Po prostu zauważyłam jak moje nastawienie do sztuki się zmienia i przez to jak bardzo zaczynam doceniać fizyczne doznanie wszystkiego dookoła mnie - nawet rysowania... Bo łatwiej umiem zadowolić się własnym rysunkiem na kartce - sprawia mi to radość i czuję ekscytację, wypełniając strony szkicownika, czy zabierając się za kolorowanie markerami.

    To była wielka sekcja o mnie... A więc co o was?

Małe, szczęśliwe wypadki 3
    Dlaczego ludzie przestali rysować w traditionalu? Trochę to widzę jako przejście do dorosłości... Wiecie - wszystko się teraz robi na komputerach, dlatego ekscytacja by tylko wrócić do domu ze szkoły i dorwać kartkę kojarzy nam się z dzieciństwiem - mi też. Rozumiem wszelkie aspekty wygody programów graficznych i jakie ułatwienia w nich istnieją - doceniam je też! I sama wciąż mam satysfakcję malowania cyfrowego. Tutaj nie chodzi o gadaninę typu - wolisz wygodę komputera to jesteś debiil1!11!!!!!!! Nie - chodzi o nastawienie umysłu i zwykłe zastanowienie się... Nad własnym hobby. Ja właśnie to zrobiłam - tutaj i we wspomnianym już 2 razy poście. Teraz po prostu zastanawiam się nad ogółem społeczeństwa.

    Myślę, że cyfryzacja zamknęła poczucie ludzkości - rzemiosła jako nieidealnego tworu i faktu, że rysunek też nim jest. Digital art jest teraz tak rzekomo prosty, że zwykłe rysunki nie zadowalają artystów, każdy chce być lepszy, lepszy i lepszy... Szukając najdziwniejszych metod, pędzli i programów, podczas gdy odpowiedz na kartce jest prosta - masz kilka rzeczy, które użyjesz i tyle.

    Chciałabym, by ludzie nauczyli się znów popełniać błędy i akceptować je jako sztukę własnej osoby, która ma prawo do pomyłek - bo jest tylko zwykłym człowiekiem, który daje z siebie wszystko.

Farawell!
XOXO,
Vin

4 stycznia 2025

Zostawiono mnie w spokoju, ale jestem trochę smutna

     Jestem troche smutna, bo mimo ze troche mi dobrze z tym, ze nie mecza mnie powiadomienia z grup na messengerze, nie patrze 2 godziny w telefon, bo z kims pisze itp. I... Tak naprawde nie mam presji by byc na messengerze ciągle, to po prostu czasem bym chicala byc meczona powiadomieniami z grup, patrzez te 2 godziny w telefon itp.

    Nigdy nie wiedzialam, ze mozna byc samotnym nawet online. Teraz wiem... Bardzo mi brakuje luznych rozmow, gdzie moglabym po prostu powiedziec wszystko, co siedzi mi w glowie na temat ostatnich pomyslow, przemyslen, rzeczy, ktore mnie uszczesliwiaja.

    Nawet, jak pogadam z kims o moich oc itp. to nigdy nie widze w nich jakiegokolwiek zainteresowania, czy ciekawosci. Tak jakby czekali kiedy tylko sie zamkne.

    Niby jest mi okej w samotnosci, ale rzecz, ktora mnie uszczesliwia to dzielenie sie moim szczesciem z innymi. Ale nie mam z kim sie juz dzielic.

    Ostatnio z kims rozmawialam o traumie Itimeira, ale poczułam się niekomfortowo.Tak... Źle. Jakbym powiedziała za dużo, bo musiałam, by to co pisze mialo sens w oczach tej osoby. I mimo tego dyskomfortu pchalam siebie coraz nizej, by ktos nie pomyslal ze jestem glupia i nie wiem o czym ja w ogole pisze. I tak bardzo mi bylo zle, zle zle... nago. Zle

    Przez chwile pomyslalam, ze te oc moze nie powinny byc wystawione na publike, nie dlatego, ze sa jakies zbyt... Drastyczne czy cos, po prostu dlatego, ze wiem ze jest to dla mnie tak wrazliwy temat i w ogole - strefa komfortu, drugi dom, ze boje sie ze ktos zrujnuje moje najwazniejsze w zyciu miejsce

    Tak mi wstyd bylo